-Panno Kimberly!Proszę się zatrzymać!-dogonił nas-Pani jestchora na raka…-powiedział,a ja zemdlałam.Znów…
Obudziłam się kilka godzin później znowu w Sali szpitalnej.Rozejrzałam się dookoła i zauważyłam Jack’a śpiącego na krześle obok mojego łóżka.
-Jack…-szepnęłam cicho-Jack-mówiłam już normalnie-JACK!!-wykrzyczałam na tyle głośno,na ile teraz mogłam,a chłopak momentalnie się obudził .
-Co?Kim,obudziłaś się.Całe szczęście…-mówił przecierając oczy.
-No,nie całe szczęście…Mam raka…Jack wiesz co to znaczy?Niedługo mnie już tu nie będzie…-powiedziałam,a do oczu zaczęły gromadzić mi się tysiące łez.
-Co?!Kim,ty nie możesz umrzeć!Nie możesz!Nie zostawiaj rodziny,przyjaciół mnie…-błagał załamującym się głosem.
Nie wiedziałam co mu na to odpowiedzieć,więc tylko patrzyłam na niego w nadziei,że to tylko sen.Przypatrywałam się dokładnie każdemu ruchowi chłopaka,aż zauważyłam,że po jego policzku spływa jedna pojedyncza łza,którą szybko otarł.
-Jack,zrozum to nie jest zależne ode mnie…Nie mam na to wpływu…-mówiłam smutno.
Chłopak popatrzył na mnie błagalnym wzrokiem,a do Sali wszedł lekarz.
-Panno Kimberly.Z badań wykonanych podczas pani snu,wynieśliśmy tylko tyle,że jedynie natychmiastowa operacja może panią uratować…-mówił.
-Chcę tą operację!Chcę żyć!-krzyczałam.
-Proszę dać mi dokończyć!Istnieje jednak nikłe ryzyko,że może pani nie przeżyć tej operacji.Pani organizm jest bardzo słaby i istnieją jedynie nikłe szanse na to,że pani przeżyje…-powiedział cicho.
-Ale…Ale ja chcę tej operacji!-postanowiłam.
-Ale Kim możesz nie przeżyć…A ile pożyje jeśli uniknie operacji?-zapytał brunet.
-Cóż.Jeśli jej stan się poprawi to powinna pożyć około dwóch miesięcy-powiedział doktor.
-A jeśli nie?-pytał dalej Jack.
-To…około tygodnia…-powiedział cicho lekarz.
-Chcę tę operację!-krzyczałam przerywając rozmowę.
-Ale,Kim.Masz silny organizm…Twój stan może się poprawić!Wolisz być operowana z myślą,że w każdej chwili możesz umrzeć?Czy żyć z myślą,że coś się poprawi i pożyjesz dwa miesiące?-pytał głosem pełnym smutku.
-Jack.Podjęłam decyzje.Istnieje,nikła,ale istnieje szansa,że dzięki tej operacji będę żyć póki nie umrę śmiercią naturalną…Chcę tej operacji!-powiedziałam stanowczo.
Lekarz wywiózł mnie z Sali i zawiózł na sale operacyjną.Przejeżdżając przez szpital widziałam wszystkich moich przyjaciół,którzy krzyczeli:’Kim!’,’Ona żyje’,albo ‘Gdzie ty jedziesz?’.Doktor zawiózł mnie na salę operacyją,ale całemu mojemu orszakowi kazał pozostać na korytarzu.Leżałam w Sali operacyjnej,a z góry świeciło na mnie jakieś światełko.Coś na zewnątrz mówiło mi:’Kim nie rób tego!To głupota!’,ale coś we wnętrzu mówiło:’Podjęłaś słuszną decyzję’.Za chwilę na moją salę weszło mnóstwo lekarzy,pielęgniarek i chirurgów.Jeden z nich wstrzyknął mi coś do ręki.Po chwili zaczęło kręcić mi się w głowie i zasnęłam…
------------------------------------------OCZAMI---------------------------------------------------------------------------------------------JACK’A------------------------------------------------------------------------------
Siedziałem na korytarzu,czekając,aż ta bezsensowna operacja się skończy.
-Po co Kim to zrobiła-pytałem Jerry’ego,który tak jak reszta pocieszał mnie i mówił,że wszystko będzie dobrze.
-Jack,stary.Ona to zrobiła,bo wierzy,ze ta operacja się powiedzie…Ty też powinieneś w to wierzyć-mówił Latynos.
-Nie mogę.Coś mówi mi,że nie powinienem był tak łatwo odpuścić.Kim jest nieugięta i nie łatwo ją złamać,ale ja też jestem przekonujący…-obwiniałem się.
-Ehe…-mruknęli wszyscy.
-No co?!Mam taką przekonującą naturę…-mówiłem.
-Ehe…-ponowili czynność i zabrali magazyny do czytania.
Julie i Grace o modzie,a Jerry,Milton i Eddie o karate.Jerry próbował pokazać mi,że jestem w gazecie jako’Mistrz świata juniorów w karate’,ale ja tylko wgapiałem się w zegar.Teraz ważna była tylko Kim.Podjęła głupia decyzje,ale ją podjęla więc musze wierzyć,że wszystko się uda.Godziny głynęły niemiłosiernie wolno.Cała ta operacja trwała 3 i pół godziny,ale dla mnie była to cała wieczność.Moi przyjaciele nadal ze mną czekali,choć Jerry i Eddie zasnęli na krześle.Julie i Grace pocieszały mnie,ale to nie dawało żadnego skutku.Milton chodził po szpitalu i nękał lekarzy pytaniami o jakieś lekarstwa,roztwory,przyrządy operacyjne…Swoją drogą współczuje tym lekarzą.Jak Milton się czymś zakręci to nie da się go niczym uciszyć.Po całych wiekach czekania,lekarz wyszedł z Sali.
-I co?!Co z nią?!-pytałem z nadzieją w oczach i głosie.
-Mam niestety dla pana złą wiadomość.Panna Kimberly nie żyje…-powiedział.
W tej chwili kompletnie się załamałem.Nie miałem po co żyć!Skoro Kim nie żyje,to po co ja mam to robić.Ona była dla mnie najważniejsza…Była moim sercem…Stracić Kim to jakby stracić serce.Wybiegłem ze szpitala,a wszyscy moi przyjaciele za mną.
-Jack,Jack stój!!!-krzyczęli.
Zwolniłem i z wycieńczenia usiadłem na pobliskiej ławce.
-Jack,wiemy,że ją kochałeś,ale czasu nie da się cofnąć…-mówiła Grace.
-Kochałem?!Ja ją kocham martwą,czy żywą!-krzyczałem.
Opadłem bezsilnie na kolana Jerry’ego(w sensie moja głowa)i uroniłem jedną samotną łzę,za którą swobodnie popłynęły inne.Nikogo nie dziwił mój stan,chodź nigdy nie widzieli jak Jack Anderson płacze.W rezultacie wszyscy się popłakali.Siedzieliśmy tak mokrzy od łez.Swoich i obcych.
TRZY DNI PÓŹNIEJ
Dzisiaj odbywa się pogrzeb Kim.Jej matka o wszystkim dowiedziała się od Grace.Te trzy dni były dla mnie prawdziwą męką.Na pogrzeb Kim przyszło chyba całe miasto.Stalismy nad trumną Kim,która za chwilę miała być włożona do grobu,gdy nagle usłyszłam dziwny dzwięk…Dźwięk powtórzył się jeszcze dwa razy…Dochodził on z trumny…
Jak rozdział?Głupi nie?Też tak sądze…Nowy może dzisiaj chodź nie wiem…
Z trumny???szok.Pisz,pisz czekam!!
OdpowiedzUsuńświetnie piszesz<3
Dziękuje bardzo.Strasznie mi miło,ale tak czy siak ja nie umiem pisać.Już jest nowy.
OdpowiedzUsuńUmiesz!!
UsuńNie umiem.Jakbym umiała to by było więcej komentarzy...
OdpowiedzUsuńJak dla mnie umiesz.No to jak widać jestem twoją PIERWSZĄ FANKĄ!!
OdpowiedzUsuńOoo,dziękuje bardz pierwsza fanko!
OdpowiedzUsuń