-Sean?!Co ty tu robisz?!-zapytałam widząc wysokiego bruneta.
-Przyszedłem poprosić Cię o przysługę...-zaczął.
-Jaką?-spytałam.
-Bo wiesz,jakoś tak się złożyło,że żadna dziewczyna nie chce iść ze mną na bal w sobotę,a ja potrzebuję z jakąś iść...Pójdziesz ze mną?-zapytał z nadzieją w głosie Sean.
-Ale ty chodzisz do innej szkoły...
-Wiem,ale przecierz możesz przejść te pare metrów dalej...-mówił.
-Ehh...O której ten bal?-zapytałam.
-18!Znaczy,że idziesz ze mną?-krzyknął.
-Mam wybór?-spytałam z uśmiechem.
Przytuliłam Sean'a i zamknęłam drzwi.Wróciłam do kuchni i siadłam przy stole.
-Kto to był?-zapytała mama.
-Amm...-nie chciałam jej mówić całej prawdy-Grace!Ona,chciała wiedzieć czy jest tu Jerry...Noi go tu nie ma,więc chwilę pogadałyśmy i poszła..-skłamałam.
-Acha.Dobrze-mruknęła mama i zajęła się jedzeniem.
Po skończonym obiedzie włożyłam naczynia do zmywarki i poszłam z Jack'iem do mojego pokoju.Usiadłam na skraju łóżka,a Jack poszedł w moje ślady.
-Ej,Kim!Słuchaj!Jerry pisze,że w sobotę od 18:30 jest bal!-krzyknął czytając SMS-a.
-Super!-powiedziałam na głos-Kicha...-mruknęłam pod nosem.
Pogadaliśmy do 20:00,a potem Jack poszedł do domu.Poszłam do łazienki i weszłam pod prysznic.Umyłam się i rozczesałam włosy.Ubrałam moją piżamkę z *Hello Kitty* i 'pacnęłam' się na łóżko.
-Dwie imprezy pod rząd-oczywiście wiedziałam,że Jack jutro mnie zaprosi-Ale impreza Sean'a jest o 18,a nasza o 18:30.Powiem Jack'owi żeby poszedł sam,a ja dojde noi o wpółdo wyjde 'do toalety' z imprezy Sean'a i pójdę na nasz bal-myślałam-Plan doskonały!-wykrzyknełam.
Przykryłam się kołdrą i zasnęłam.
Obudziłam się rano i wstałam z łóżka.Była 10:00,za dwie godziny mam koncert.Ubrałam króciutką czarną sukienkę i czarne szpilki.Pokręciłam włosy i założyłam na siebie tony biżuterii.Zadzwonił mój telefon.Podniosłam go z łóżka i odebrałam:
-Halo?
-Hej Kim.Tu Jack.
-Jack!Jak się cieszę,że Cię słyszę!Tęskniłam...
-Ja też tęskniłem,dlatego postanowiłem zadzwonić.Jak tam Jerry i reszta?
-Cuż...Jerry ciągle tańczy na dużych estradach.Eddie non-stop gra koncerty na wiolonczeli-żadko w Seaford...Milton pracuje u jakiejś starej baby i sprząta jej dom...A ty?
-A ja?Ciągle turnieje,wywiady i autografy.Wszystko czego nauczył mnie Bobby i Rudy.
-Tak...Ostatnio widzieliśmy się i wogóle widzieliśmy się z Rudym w dniu pogrzebu Bobby'ego,dwa lata temu...
-Tak,a jak tam Rudy?Nadal prowadzi dojo?
-Nie.Już od roku dojo jest zamknięte.Nie było uczniów,poza tym Rudy trochę już się zestarzał i nie może pokazać wielu ciosów karate.
-Wielka szkoda.A jak tam u Ciebie?
-A wiesz...Wielka sława,to nie taka super sprawa,sam rozumiesz...Właśnie za półtorej godziny mam koncert.Muszę kończyć.Mam nadzieję,że iedługo się zobaczymy.Pa...
-A żebyś wiedziała...Pa!
Rozłączyłam się i włożyłam telefon do torebki.
-Przeklęta sława!Ja wole ćwiczyć całymi dniami karate niż chodzić po koncertach,bankietach i galach!Po co mi takie życie?!Ja już nawet nie utrzymuje kontaktu ze znajomymi!Wszyscy wyjechali i robią karierę!Oprócz Miltona,ale to drobiazg...Nie chce koncertów!Chce przyjaciół!-krzyczłam sama do siebie przez łzy.
W końcu jednak się pozbierałam i zrobiłam sobie makijarz.Wzięłam torebkę i zeszłam na dół.Wyszłam z domu i wsiadłam do limuzyny z przyciemnianymi szybami wokół której zbierało się coraz więcej fanów.Auto ruszyło z piskiem opon,zostawiając za sobą jedynie kłęby dymu.W 30 min dojechaliśmy do 'Seaford Dance Club'.Wysiadłam z auta i w towarzystwie ochroniaży weszłam do budynku.Doczłapałam się na scenę i złapałam mikrofon.
-Witaj Seaford!Diś mam dla was niespodziankę!Nornalnie śpiewam w kółko stare piosenki,ale dziś,specjalnie dla Was,mam nową.The truth hurts!-wykrzyczałam ze sztucznym uśmiechem i zaczęłam śpiewać.
Później zaśpiewałam jeszcze kilka starych piosenek i powiedziłam:
-Moją najnowszą piosenkę napisałam z myślą o moich przyjaciołach:Jack'u,Jerry'm,Eddie'm,Milton'em,Rudy'm i Bobby'm(†)...Bardzo żałuje,że nie mam ich dziś tutaj przy sobie na scenie...-i w tedy ktoś dotknąła mnie delikatnie w ramie-Chłopaki!-krzyknęłam odwracając się-Ale za wami tęskniłam!-krzyczałam przytulając każdego po kolei.
Zaszliśmy ze sceny i skierowaliśmy się do limuzyny.Wsiedliśmy i pojechaliśmy do mojego domu...No ok!Do mojej willi!Wysiedliśmy z auta i weszliśmy do środka.Nagle...Stanęliśmy jak wryci i patrzyliśmy się przed siebie.Czemu?Bo na środku mojego salonu stało czterech facetów z nożami w dłoniach!Niby znamy karate(najbardzie Jack-w końcu robi karierę jako karatek),ale dawno nie walczyliśmy...Mężczyźni zaczęli zmierzać ku nam śmiejąc się złowieszczo,a my nie mogliśmy się ruszyć!
-Jakieś ostatnie słowa?-zapytał jeden łysy.
Wzięlam gęboki oddech i już chciałam krzyknąć ,,na nich",gdy...zadzwonił mój budzik!
-To tylko sen?-pytałam sama siebie-To tylko sen-wywnioskowałam po chwili.
Cała ociekałam potem,byłam roztrzęsiona i zła,że mam takie sny.Wyszłam z łóżka i skierowałam się pod prysznic.Oblałam się lodowatą wodą i od razu zrobiło mi się lepiej.Przebrałam sie w inną piżamę i położyłam do łóżka.Spojrzałam na zegar:była dopiero 03:15.Wtuliłam się w poduszkę i zasnęłam.
Obudziłam się i od razu sprawdziłam godzinę.07:45!To po mnie!Na 100% się spóźnie do szkoły!Wstałam z łóżka i pobiegłam do łazienki.Wzięłam szybki prysznic i ubrałam się.Spakowałam torbę z książkami i zbiegłam na dół.Wybiegłam z domu i popędziąłm ku szkole.Już i tak byłam spóźniona,ale chciałam jakoś to załagodzić i nie spóźnić sie tak.Wbiegłam do szkoły i od razu popędziłam do sali nr. 76,gdzie miałam biologie.
-Przepraszam za spóźnienie,ale naprawdę...Niałam ciężką noc i trochę mi się zaspało...-tłumaczyłam sie na wejściu ledwo łapiąc oddech.
-Kimberly...-coś sie we mnie zagotowało-Jesteś wzorem do naśladowania,więc czemu się późniasz?Nie wpiszę Ci tym razem uwagi,ale jeśli to się jeszcze raz powtóży nie będę taka dobra-ostrzegała mnie i wskazała na ławkę w której siedziała Grace.
-Dobrze.Bardzo dziekuje.I jeszce...Proszę mówić do mnie Kim nie Kimberly-poprosiłam i zajęłam miejsce obok Grace.
Nauczycielka ponowiła przerwaną lekcję,a wszyscy udawali,że słuchają.Własnie mówiła coś o fotosyntezie zachodzącej w kwiatach róż,gdy do klasy wszedł...no kto?Zgadniecie?Nie?To wam powiem.Jack.
-Panie Anderson!Później się nie dało?!-krzyczała pani Quieltes.
-Oczywiście,że się dało.Jest 08:25,mogę wyjść i wrócić na 08:45.Jak pani chce-mówił.
Każdy w naszej szkole z czegoś słynie.Noa Jack z wielkich umiejętności karate,spóźniania sie na zajęcia i niewyparzonego języka.
-Dostaje pan uwagę!Proszę siadać!-nakazła nauczycielka i otwarła dziennik.
Jack usiadł w ławce obok mojej i mruknął pod nosem:,,Dzięki wiedźmo".Powiedział to na tyle cicho,że nauczycielka nie usłyszła,ale na tyle głośno,że cała klasa parsknęła śmiechem.Po jakimś czasie zadzwonił upragniony dzwonek.Z klasy wybiegł cały tabun uczniów.A ja i Jack szliśmy na szarym końcu rozmawiajac i śmiejąc się jak głupi do sera.Usiedliśmy na ławce przed klasą w której mieliśmy matematykę i czekaliśmy.Nagle podszedł do nas...
Hejka!Tak jak mówiłam,przez cały tydzień nie pisałam rozdziałów,wiec dziś napisałam taki długi i (jak dla mnie) pełen akcji.A teraz prośba.Kochani błagam Was na kolanach,piszcie komentarze!To motywuje i chce poznać Wasze zdanie.Plosę...Jutro nowy-bay:***
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz