niedziela, 27 stycznia 2013

Rozdział 7 cz.2

Obudziłam się,a z głośników popłynął głos stewardesy...
-Mamy małe problemy z samolotem,ale to nic poważnego.Prosimy zachować spokój i nie martwić się usterkami.
Normalnie to bym chyba zemdlała ze strachu(gdybym była sama),ale,że byłam ze wszystkich stron otoczona chłopakami musiałam zachować spokuój.Cała trzęsłam się na fotelu.Jack chyba to zaówarzył,bo zapytał:
-Kim,wszystko ok?
-Takk.Tak,wszystko ok-skłamałam.
Trochę to trwało,ale powoli uspokajałam się.Kiedy już byłam całkowicie opanowana,stało sie coś,czego nie mogłam przewidzieć...Samolot zaczął gwałtownie spadać.Jerry krzyczał tylko,że zginiemy.Eddie był zdenerwowany,ale za razem cieszył sie,że nie będzie już musiał grać na wiolonczeli.Milton,ciągle tylko powtarzał,że koocha Julię.Ja ledwo żyłam.Cała byłam roztrzęsiona i blada.Jack też sie denerwował,ale całą swoją uwagę skupiał na tym,żeby mnie uspokojić.Rudy starał się zachować spokuj(w końcu jest dla nas wzorem do naśladowania).Zaczęliśmy spadać jeszcze szybciej.Samolot obijał sie o skały tracąc kolejno:skrzydła,podwozie i silnik.Pilot i stewardesa skoczyli z samolotu ze spadochronem i zostawili nas samych sobie.Ostatnie co pamiętam to trzask samolotu i ciemność...
ŹNIEJ
Obudziłam się.Otwarłam oczy i widziałam zamazany obraz,jednak za chwilę wzrok mi się poprawił i widziałam wszystko dokładnie.Byłam...w sali szpitalnej?Byłam podłączona do miliona różnych urządzeń.Do rąk miałam powbijane mnóstwo igieł,głowę miałam zabandarzowaną,a prawą nogę w gipsie.Wyobrażałam sobie jak okropnie musiałam w tej chwili wyglądać.
-Dzień dobry-mruknęłam słabo na widok lekaża wchodzącego do mojej sali.
-O!Obudziła się!Pani Kimberly Crawford,tak?-wrzeszczał.
-Kim.Wolę Kim.Tak to ja-mówiłąm zachrypniętym głosem-Gdzie ja jestem i co mi się stało?
-No cóż.Jest pani,jak pani widzi-w szpitalu.Miała pani wypadek.Leciała pani,zapewne do Hollywood i samolot miał wypadek.Co znaczy:rozbił się.Leciała pani jeszcze z piątką towarzyszy...-przerwałam mu.
-Oni też tu są?!-krzyknęłam najgłośniej jak w tej chwili umiałam,unosząc się na łokciu.
-Troszę spokojnie.Tak też tu są.Panowie:Jerry Martinez,Eddie Jones,Milton Krupnick,Rudy Gillespie-mówił nazwisko każdego po kolei.
-A Jack?!Jack Anderson?!-pytałam zaniepokojona.
-Nie mamy żadnego...A zaraz.Nie.Jednak jest.Jack Anderson.Sala 210.Proszę wybaczyć-tłumaczył się.
-Ledwo zawału nie dostałam.A pan mnie prosi o wybaczenie?!-krzyczałam.
-Proszę się nie unosić.Pani stan jest stabilny,ale potrzebuje pani dużego odpoczynku,żeby wyzdrowieć-mówił.
-A Jack?Co z nim?-zasypywałam lekarza pytaniami.
-Jego stan...Jest...Istnieje jakieś 43%szans na 100,że przeżyje...
-Co?!Ja muszę go zobaczyć!-oznajmiłam.
-Przykro mi,ale to nie możliwe.Nie może pani wstawać jeszcze co najmniej tydzień.
-Too...-myślałam-O wiem!Macie takie fajne wózki elektryczne!Zawiezie mnie pan!-wymyśliłam.
-Ma pani poczucie humoru.Te wózki służą do rechabilitacji,a nie do wożenia się po szpitalu.
-Ale to mój chłopak!Ja go muszę zobaczyć!W końcu to może być mój ostatni raz w życiu!-krzyczałam rozchisteryzowana.
-Nie może pani wstawać!Zrozumiano!?Pani do niego nie pójdzie i on do pani nie przyjdzie!-krzyczał.
-Tak panie doktorze...-wymamrotałam tracąc nadzieje.
Lekarz odwrócił sie na pięcie i już miał wyjść gdy w drzwiach stanął...

Na dzisiaj to tyle.Może jutro nowy,ale nie wiem!Dobranoc!***

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz