-Coś takiego Ci się śniło?-zapytał Jack z wielkim bananem na twarzy.
-Tak...Ale to mi się śniło...Grace,co ty masz na sobie?-wymamrotałam.
-Moja młodsz siostra miała zabawę urodzinową w ,,Dziecięcym Raju" noi wróżka-chilliderka w latającym oku się rozchorowała więc rodzice zmusili mnie,żebym to założyła...-smęciła.
-Biedna-pocieszałam Grace,gdy Rudy gadał przez telefon.
Kiedy Rudy jest zajęty,my od razu odrywamy się od ćwiczeń i odpoczywamy.
-Ej,słuchajcie.Macie ochotę wystąpić w filmie Bobbiego?-zapytał Rudy zakrywając słuchawkę telefonu dłonią.
-Chyba żartujesz?No nie?-niedowierzał Jack.
-Nie nie żartuje.
-Jasne!-krzyknęliśmy równo.
-Ok Bobbi to...-mówił do telefonu,odchodząc do biura.
-Aaa!!!!!Nie wierze!!!!!!Wystąpimy w filmie!!!!!!!!!!-wrzeszczałam i skakałam z radości.
Grace,widząc,że jesteśmy zbyt podekcytowani rzeby gadać wyszła.
-Ok-zaczął Rudy wychodząc z biura-Za tydzień koniec roku szkolnego.W sobotę o 9:00 mamy samolot do...Hollywood!!!-wykrzyknął-Na lotnisku macie być o 8:30.Możecie zabrać do 2 bagarzy na osobę+bagarz podręczny.Kto kogo gra dowiecie się na miejscu.Podobno ma wystąpić w tym filmie jakaś wielka gwiazda,ale nie w roli głównej tylko drugoplanowej.
-Tylko nie Ricky Weaver-błagałam w myśli.
Ten tydzień minął w oka mgnieniu.Na świadectwie miałam tylko dwie czwórki.W sobotę obudziłąm sie o 7:30,żeby zdążyć się ogarnąć i dojechać na lotnisko.Wzięłam prysznic,z włosów zrobiłam warkocz francuski i ubrałam się.Była równa ósma.Zabrałam swoje dwie torby(ja zawsze maximum wszystkiego) i bagarz podręczny.zeszłam na dół i zabrałam jabłko.Wyszłam i zamknęłam drzwi na klucz.W torebeczce miałam telefon,pieniądze,błyszczyk,tusz do rzęs i gumy.Moje torby były po brzegi pozapychane ubraniami,butami itp.Jedziemy tam na miesiąc,a ja zabrałam całą swoją szafę.Szłam ulicą w stronę dojo.Tam mieliśmy sie spotkać,iść na autobus który miał nas zawieść na lotnisko.Szłam całkiem sama ulicą.Nie widziałam żywej duszy.Nagle Jack wyszed z domu.Miał ze sobą jedną walizkę i...tyle.
-O hej Kimcia!-krzyknął na powitanie.
-Hej Jack.A już miałam taką nadzieję,że całą drogę przejdę sama...-droczyłam się.
-Skoro nie pasuje Ci moje towarzystwo,to nie lecę!-rzekł stanowczo.
-A wiesz co?Rozmyśliłam się!Chodź ze mną!-krzyknęłam i pociągnęłam go do siebie.
Za chwilę szliśmy obok siebie i śmialiśmy się jak głupi do sera.
-Ej patrz.Tam stoją Milton,Eddie i Jerry!-wstazałam palcem na trójkę chłopców.
Podbiegliśmy do nich i przywitaliśmy się.Szliśmy w najleprze mówiąc jak to będzie fajnie w Hollywood,gdy zadzwonił mój telefon:
-Halo?
-Kim?!Gdzie wy jesteście?!
-Spoko,Rudy.Już idziemy...
-To się pospieszcie.Jest 8:25,a za pięć minut mamy autobus na lotnisko.
-Ok.Pa.
-Pa.
Opowiedziałam chłopaką rozmowę telefoniczną i pobieglśmy pod dojo.Oczywiście na powitanie dostaliśmy od Rudy'ego o.p.r. za nie umiejętność dysponowania czasem.
-Sorry...-mruknęliśmy naraz.
Wsiedliśmy do autobusu na lotnisko.Ja i Jack,Rudy i Jerry,Milton i Eddie.Za 20min byliśmy na lotnisko.Za 10min odlatujemy.Zajęliśmy wygodnie miejsca w samolocie(tak samo jak w autobusie) i czekaliśmy na start.Za chwilę na pokład weszła stewardesa i powiedziała:
-Uwaga,uwaga.Lot 15 do Hollywood za chwilę odlatuje.Prosimy zapiąć pasy,wyłączyć telefony i roskoszować się lotem.Dziękujemy.
Lecieliśmy pierwszą klasą.Było uroczo.Wystartowaliśmy.Lecieliśmy,a ja zasnęłam.Cały lot trwał jakieś 3 i pół godziny.Po godzinie obudził mnie głos Jack'a:
-Kim,Kim.Obudź się.
Obudziłam się,a z głośników popłynął głos stewardesy...
Ten rozdział będzie podzielony na trzy,albo i cztery części.Druga dodam może jutro na dzisiaj to tyle.Pa!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz