poniedziałek, 28 stycznia 2013

Rozdział 7 cz.3

Lekarz odwrócił sie na pięcie i już miał wyjść gdy w drzwiach stanął...
-Jack!-krzyknęłam na widok mojego chłopaka.
-Panie Anderson!Jak to możliwe,że pan wstał i do tego tu przyszedł!?Pan był w śpiączce!-darł się lekarz na cały szpital.
-Byłem.Ale miałem się dla kogo obudzić...-mówił słabo patrzac w moją stronę.
-Ale pana nie może wstawać.To wogóle cud,że pan sie obudził.O wstawaniu nie ma mowy.Proszę wracać na salę!-rozkazał.
-Nie.Zostanę tu.Przy Kim-mówił stanowczo.
-Nie Jack.Jesteś w gorszym stanie niż ja.Wracaj na salę.Za parę dni wyzdrowieje i przyjdę do Ciebie-mówiłam spokojnie.
-Ale...-przerwałąm mu.
-Jack,proszę.Chcesz rzebym była szczęśliwa?-zapytałam.
-Jasne,że tak!-pisnął.
-To idź na salę się połóż-rozkazałam.
-Ok...-wymamrotał i wyszedł z sali.
Leżałam myśląc o tym,co Jack powiedział.Że ,,obudził sie,bo miał dla kogo".To było takie słodkie.Lekarz już dawono wyszed z mojej sali.Pewnie poszedł do Jack'a.Leżałam,pogrążona w myślach,a moje powieki powoli stawały sie ciężkie i opadały na oczy.Zasnęłam.
W TYM SAMYM CZASIE/SALA JACK'A
-Dobrze,wiec powiedzmy,że rozumiem czemu się pan wybudził ze śpiączki.Ale jak pan przeszedł przez szpital,niezatrzymany przez lekarzy,pielęgniarki itp. i jak pan znalazł salę pani Crowford?-pytał lekarz.
-Pierwsze pytanie:czarny pas trzeciego stopnia w karate nie dany za darmo.Drugie pytanie:szukałem po wszystkich salach,aż znalazłem-mówiłem słabo.Chodzenie po szpitalu i walka w takim stanie to naprawdę wymaga dużo wysiłku.
-Dobrze.Jest pan sprytny.A proszę mi powiedzieć,jak pan sie teraz czuje?-pytał doktor.
-Ok.Trochę boli mnie głowa to wszystko...-mówiłem,a lekarz notował to w jakimś notesie.
-Proszę teraz zasnąć.Zajrzę do pana rano.A tak na marginesie:teraz jest 21:25-powiedział lekarz i wyszedł z sali.
Leżałem prubując zasnąć,ale to nie takie proste.W końcu jednak sie udało.Zmorzył mnie sen.
RANO/SALA KIM
Obudziły mnie promienie słońca,wdzierające się do mojej sali przez okno.Spojrzałm na zegar wiszący na ścianie.Była dopiero 06:00.Rozejrzałam się w prawo,potem w lewo i zaówarzyłam lekarza wchodzącego do sali.
-Dzień dobry pani Kimber...Kim!-poprawił się-Jak się pani czuje?-zapytał.
-Jest nieźle-odparłam z uśmiechem.
-To dobrze.Po śniadaniu zabierzemy panią na badania-oznajmił.
-Jakie badanie?-mówiłam niespokojnie.Nie lubie badań!
-Trzeba sprawdzić,czy pani organizm jest zdrowy,czy krew nie jest zanieczyszczona...-ciągnął.
-Ok.A co z chłopakami?Wie pan.Z Jack'iem,Jerry'm,Miltonem,Rudy'm i Eddie'm?-pytałam.
-Jeszcze do nich nie zaglądałem.Zaraz to zrobię,a potem wszystko pani powiem-oznajmił.
-Ok-mruknęłam,a lekarz wyszedł z sali.
Pewnie teraz poszed do chłopaków.Ciekawe jak oni sie czują.Ale jest jakiś ,,+".Żyjemy!
-Kim?-do sali weszła...Moja mama!
-Mamo?!-krzyknęłam zachrypniętym głosem.
-Córeczko spokojnie.Lekarz kazał Ci odpoczywać i przekazać to:-powiedziała i przekazała mi karteczkę.
Było na niej napisane tak:
Droga Panno Kim.Chciała pani wiedzieć jaki jest stan Pani przyjaciół.A więc:Pan Jack,czuje się najlepiej ze wszystkich,co jest dziwne,bo jako jedyny był w śpiączce.Pan Jerry też dobrze się ma.Eddie,tryska zdrowiem,ale ma mocny uraz brzucha,więc na razie nie wstaje z łóżka.Z Rudy'm jest dobrze.Ma lekkie zawroty głowy,ale poza tym jest ok.Najgorzej ma się Pan Milton.Jest on bardzo słaby i kruchy.Jak niemowlę.Złamał rękę i nogę,oraz połamał sobie kilka żeber.Stan ich wszystkich jest stabilny i za tydzień wszystkich państwa wypiszemy ze szpitala.
                                                                                                                            Dr.Diaria.
Śmiałam się,gdy czytałam,że doktor porównał Miltona do niemowlaka.
-Córeczko.I jak się czujesz?-zapytała mama.Jakby ją to obchodziło!nigdy jej nie obchodziłam!Nie była na mojej komunii,10 urodzinach,zakończeniu podstawówki!nigdy mnie nie wspierała!Nie ma zielonygo pojęcia,że mam czarny pas drugiego stopnia w karate,że w ogóle zdaje do kolejnych klas,że mam chłopaka...I co?!Teraz obchodzi ją jak się czuję?!
-Nic Ci do tego?!-krzyknęłam oschle.
-Dziecko,jestem Twoją matką.Kocham Cię.Musze wiedzieć jak sie czujesz...-teraz robi z ssiebie najleprzą na Świecie matkę!
-Kochasz mnie?!A ciekawe gdzie byłaś w najwarzniejszych chwilach mojego życia?!-krzyczałam.
-Jak na przykład...?-pytała.
-Jak na przykład wtedy,kiedy zdobywałam coraz wyższe pasy na turniejach!Jak wtedy gdy dorastałam!Jak wtedy,gdy tata umarł...-przy ostatnim zdaniu,głos mi się załamał,a oczy zeszkliły.
-Dziecko!A czy kiedykolwiek zapraszałaś mnie na te tutnieje!?-krzyczała.
-Oczywiście!Dzwoniłam,pisałam!A ty albo nie miałaś czasu,albo Cię to nie obchodziło!-mówiłam zgodnie z prawdą.
-Nie będę tego suchać!Nie przyszłąm tu żeby sie droczyć z jakąś pyskatą małolatą!Wychodzę!-oznajmiła dumnie.
-A wychodź!-krzyknęłam.
Matka wstała z krzesła na którym wcześniej siedziała i wyszła.Na szczęście drzwi od mojej sali otwierały się i zamytały w obie strony,więc nie casnęły,tylko latały do przodu i do tyłu.Jeszcze tydzień wyszyscy spędziliśmy w szpitalu,aż w końcu nadszedł dznień w którym możemy sie wypisać!Obudziłam się o 07:00.Od dwóch dni yłam w pełni sił.Chodziłam odwiedzać chłopaków i chodziłam po szpitalu.Wstałam z łóżka i poszłam do łazienki.Wzięłam prysznic i ubrałam się.Pierwszy raz od tygonia,miałąm na sobię moje ciuchy.Całe 7 dni przechodziłam w tej szpitalnej kiecce.Zabrałam swoje rzeczy i wyszłam na korytarz.O dziwo:chłopaki już na mnie czekali.Dostaliśmy wypisy i wyszliśmy.Byliśmy w pełni sił,żeby grać w filmie.Tym razem wybraliśmy autobus.Po jakże uroczyczych,pięciu godzinach podróży dotarliśmy do Hollywood.Co leprze autobus zawiózł nas praktycznie pod samo studio.Weszliśmy i przywitaliśmy sie z reżyserem i Bobbim Wasabim.Bobbi,powiedział nam,że w hotelu obok mamy rezerwację.Jednak nie było wolnych sześciu pokoi,więc jeden jest dwuosobowy.Zdecydowaliśmy,że skoro ja i Jack to para,to my zajmujemy ten pokój.Wszyscy sie zgodzili.Poszliśmy do hotelu,a Rudy rozdał nam klucze do pokoi(ja i Jack-200,Jerry-201,Eddie-202,Milton-203,Rudy-204).Weszliśmy,rozpakowaliśmy sie i zeszliśmy na obiad.Po obiedzie poszliśmy na plan zdjęciowy,tam mieliśmy sie dowiedzieć kogo gramy.Weszliśmy do ciemnej sali,w której siedziało już grubo ponad 100 osób.To będzie dłuuuugi film...Uasiedliśmu obok siebie i czekaliśmy co się wydarzy.Za kilka minut na scenę wszedł Bobby Wasabi i powiedział:
-Witam wszystkich,na planie zdjęciowym ,,Księżniczki Karate"!-powiedział-Oprócz was,w roli drugoplanowej wystąpi równierz znana gwiazda...Ricky Weaver!
-Niee!!!!!!!!!!!!-krzyknęłam na całą salę.
-Tak to ja!-powiedział Ricky wchodząc na scenę.
Bobby rozdzielił role wszystkim obecnym na sali,zostalićmy tylko my(ja,Jack,Jerry,Eddie,Milton).Rudy nie ma grać w tym filmie,ma być tylko koordynatorem przy scenach walki.
-Zanim ogłoszę pozostałe rolę.Powiem kto ma główną rolę żeńską i główną rolę męską-zaczął Bobby.
Z dziewczyn byłam tylko ja,wiec wiedziałam,że to ja dostanę tę główna rolę.Ale kto męską?Oby Jack!
-Główną rolę żeńską otrzymuje Kim Crowford,a główną rolę męską otrzymuje...

Hejka!Jutro nowy rozdzialik.Właściwie część.Trzecia.Podoba się.Mam nadzieję.Dobranoc!***

niedziela, 27 stycznia 2013

Rozdział 7 cz.2

Obudziłam się,a z głośników popłynął głos stewardesy...
-Mamy małe problemy z samolotem,ale to nic poważnego.Prosimy zachować spokój i nie martwić się usterkami.
Normalnie to bym chyba zemdlała ze strachu(gdybym była sama),ale,że byłam ze wszystkich stron otoczona chłopakami musiałam zachować spokuój.Cała trzęsłam się na fotelu.Jack chyba to zaówarzył,bo zapytał:
-Kim,wszystko ok?
-Takk.Tak,wszystko ok-skłamałam.
Trochę to trwało,ale powoli uspokajałam się.Kiedy już byłam całkowicie opanowana,stało sie coś,czego nie mogłam przewidzieć...Samolot zaczął gwałtownie spadać.Jerry krzyczał tylko,że zginiemy.Eddie był zdenerwowany,ale za razem cieszył sie,że nie będzie już musiał grać na wiolonczeli.Milton,ciągle tylko powtarzał,że koocha Julię.Ja ledwo żyłam.Cała byłam roztrzęsiona i blada.Jack też sie denerwował,ale całą swoją uwagę skupiał na tym,żeby mnie uspokojić.Rudy starał się zachować spokuj(w końcu jest dla nas wzorem do naśladowania).Zaczęliśmy spadać jeszcze szybciej.Samolot obijał sie o skały tracąc kolejno:skrzydła,podwozie i silnik.Pilot i stewardesa skoczyli z samolotu ze spadochronem i zostawili nas samych sobie.Ostatnie co pamiętam to trzask samolotu i ciemność...
ŹNIEJ
Obudziłam się.Otwarłam oczy i widziałam zamazany obraz,jednak za chwilę wzrok mi się poprawił i widziałam wszystko dokładnie.Byłam...w sali szpitalnej?Byłam podłączona do miliona różnych urządzeń.Do rąk miałam powbijane mnóstwo igieł,głowę miałam zabandarzowaną,a prawą nogę w gipsie.Wyobrażałam sobie jak okropnie musiałam w tej chwili wyglądać.
-Dzień dobry-mruknęłam słabo na widok lekaża wchodzącego do mojej sali.
-O!Obudziła się!Pani Kimberly Crawford,tak?-wrzeszczał.
-Kim.Wolę Kim.Tak to ja-mówiłąm zachrypniętym głosem-Gdzie ja jestem i co mi się stało?
-No cóż.Jest pani,jak pani widzi-w szpitalu.Miała pani wypadek.Leciała pani,zapewne do Hollywood i samolot miał wypadek.Co znaczy:rozbił się.Leciała pani jeszcze z piątką towarzyszy...-przerwałam mu.
-Oni też tu są?!-krzyknęłam najgłośniej jak w tej chwili umiałam,unosząc się na łokciu.
-Troszę spokojnie.Tak też tu są.Panowie:Jerry Martinez,Eddie Jones,Milton Krupnick,Rudy Gillespie-mówił nazwisko każdego po kolei.
-A Jack?!Jack Anderson?!-pytałam zaniepokojona.
-Nie mamy żadnego...A zaraz.Nie.Jednak jest.Jack Anderson.Sala 210.Proszę wybaczyć-tłumaczył się.
-Ledwo zawału nie dostałam.A pan mnie prosi o wybaczenie?!-krzyczałam.
-Proszę się nie unosić.Pani stan jest stabilny,ale potrzebuje pani dużego odpoczynku,żeby wyzdrowieć-mówił.
-A Jack?Co z nim?-zasypywałam lekarza pytaniami.
-Jego stan...Jest...Istnieje jakieś 43%szans na 100,że przeżyje...
-Co?!Ja muszę go zobaczyć!-oznajmiłam.
-Przykro mi,ale to nie możliwe.Nie może pani wstawać jeszcze co najmniej tydzień.
-Too...-myślałam-O wiem!Macie takie fajne wózki elektryczne!Zawiezie mnie pan!-wymyśliłam.
-Ma pani poczucie humoru.Te wózki służą do rechabilitacji,a nie do wożenia się po szpitalu.
-Ale to mój chłopak!Ja go muszę zobaczyć!W końcu to może być mój ostatni raz w życiu!-krzyczałam rozchisteryzowana.
-Nie może pani wstawać!Zrozumiano!?Pani do niego nie pójdzie i on do pani nie przyjdzie!-krzyczał.
-Tak panie doktorze...-wymamrotałam tracąc nadzieje.
Lekarz odwrócił sie na pięcie i już miał wyjść gdy w drzwiach stanął...

Na dzisiaj to tyle.Może jutro nowy,ale nie wiem!Dobranoc!***