Jednak nic się nie działo. Nie urosły mi żadne skrzydła, nie zaczęłam się zmieniać w jakąś małą istotkę. Nic. Zupełnie nic. Żywy dowód na o, że wróżką nie jestem. Zdziwiona patrzyłam na braci[Jack, Jerry, Milton], którzy zaczęli się kłócić, jaki ruch jest trzeci w łapkach. Czy jest to przybicie piątki lewą ręką, czy prawą, czy obiema.
-W rzeczywistości wszyscy troje źle myślicie. Trzeci ruch to zaklaskanie cztery razy w swoje ręce –wyjaśniłam.
-No, ja tak mówiłem, a Wy mnie nie słuchaliście! –krzyknęli razem chłopcy, a ja zaczęłam się śmiać.
Chłopcy ucichli. Patrzyli się na mnie jak na jakąś nienormalną. Generalnie to mieli prawo, bo zwijałam się na ziemi ze śmiechu. Nagle poczułam chłód przeszywający mnie od wewnątrz. Przestałam się śmiać, a zaczęłam się trząść z uczucia zimna.
-Zi..zi..zimno mi.. –wydukałam powoli ‘sama siebie przytulając’.
-Czemu Ci zimno? –zapytał Jack –Wcale nie ma przeciągu, a na polu jest ze 25 stopni.
Generalnie to nie ma się co dziwić, bo tutaj, gdzie się znajduje, ukrop jest 24 h na dobę. Ale mi było potwornie zimno. Trzęsłam się cała i nie mogłam nic powiedzieć. Jack, widząc to, podał mi swoją bluzę[bo chłopcy byli normalnie ubrani], żebym się nią okryła. Oczywiście nie owijałam w bawełnę, tylko okryłam się bluzą. Jednak to zupełnie nic nie dawało. Wewnątrz, ciągle było mi zimno. Położyłam się na ziemi, a chłopcy zarzucili mnie swoimi ubraniami[w sensie bluzami i bluzkami]. Chłód jednak nadal nie ustępował.
-Jesteś wróżką.. –szepnął Milton prawie niesłyszalnie, ale na tyle głośno bym mogła go usłyszeć.
-Z kąt to przekonanie? –zapytałam na chwilę siadając, po czym zaraz się kładąc.
-Tylko wróżki mają takie odruchy. Tu w cale nie jest zimno. Nawet jak się jest bez górnej części garderoby –zaśmiał się Milton –Ten loch jest ocieplany.
-Tak –wtrącił się Jerry –Tata jest okrutny, ale nie bezwzględny.
-A jak się pozbyć tego całego bycia wróżką? –zapytałam gdy chłód na chwilę zanikł.
-Musisz się zakochać. A jak już to się stanie, pocałować z tą osobą, w której się zakochałaś –wyjaśnił Jack.
-No problemo! –pisnęłam chodź chłód powrócił.
-Ale czekaj! –przewał Milton –Musisz się zakochać Z WZAJEMNOŚCIĄ.
-No problemo! –powiedziałam razem z Jackiem.
W końcu ja jestem w nim zakochana zawsze. A on(teraz to widać) we mnie też. Więc zakochanie mamy z głowy. Pozostaje pocałunek. Niby żaden problem, a jednak nie da się całować przez kraty. Próbowaliśmy na przeróżne sposoby, ale na darmo.
-Dobra.. –usiadłam na ziemi dalej się trzęsąc –Zostanę wróżką. Ale kiedy przejdzie mi to uczucie chłodu? Przecież ja zaraz zamarznę!
-Póki nie wyrosną Ci skrzydła i nie pokryjesz się złotym pyłem –wyjaśnił Milton –Tak ze 2 godziny.
-2 godziny?! –wrzasnęłam –Nie! Tak to ja się nie bawię! Musimy znaleźć jakiś sposób na to, byśmy się pocałowali!
-Ta.. Tylko pytanie jaki –mruczał Jerry.
-Nie z Tobą! –zaśmiałam się –Z Jackiem.
-Dobra, dobra.. –marudził Jerry.
Chwilę myśleliśmy pogrążeni w ciszy. Nic nie mogłam wymyślić. Generalnie to w ogóle nie mogę się skupić, bo cały czas było mi zimno. Trzęsłam się cała i nie mogłam normalnie mówić.
-Już wiem! –wrzasnął Jack –Trzeba się włamać do komnaty rodziców i zabrać tacie berło. A potem, szczelić piorunem w kratę, żeby Kim mogła wyjść. Plan bez wpadki.
-A co jak tata się obudzi? –filozofował Milton.
-To inaczej –westchnął Jack –Jerry: Robisz małe zamieszanie i wszyscy strażnicy i rodzice biegną na dziedziniec. Milton: Ty leżysz na dziedzińcu, jakbyś był martwy. Wtedy ja idę do komnaty rodziców i dalej wiecie co. Jerry, patrz w okno od lochu. Jak zobaczysz blask pioruna, to zakaszlesz i wtedy Milton cudem ożyje. Ja szybko odniosę berło i pójdziemy do pokoju. Jak wszystko ucichnie, zejdziemy do lochów i dalej znacie plan.
-Spoko –powiedzieli obydwaj chłopcy.
Za chwilę cała trójka znikła mi z oczu. Siedziałam na ziemi i czekałam na nich. Nie miałam nic do robot więc zaczęłam się bawić kosmykiem moich włosów.
~Oczami narratora~
-Dobra. Zaczynamy fazę 1 –powiedział Jack i chłopcy rozdzielili się.
Milton pobiegł na dziedziniec udawać trupa, a Jerry zaczął robić zamieszanie. Natomiast Jack czekał za kolumną obok komnaty rodziców, aż Jerry zrobi, co do niego należy.
-Aaa!!! –zaczął piszczeć Jerry na cały zamek –Milton umarł! Pomocy!
W oka mgnieniu cały zamek stanął na nogi. Wszyscy wybiegli na dziedziniec, żeby zobaczyć co stało się młodemu księciu. Chłopcy podeszli do siebie i przybili sobie piątkę.
-Faza 1- koniec. Teraz faza druga –powiedział Jack i chłopcy się rozdzielili.
Jerry pobiegł na dziedziniec uczestniczyć w całej ‘akcji ratowania życia młodemu księciu Miltonowi, synowi króla Tylora i królowej Anabelli, który ma odziedziczyć po nich tron’(w skrócie- ARŻMKMSKTIKAKMOPNT). Chłopak wbiegł między ludzi i przedzierał się przez tłum, aż nie dotarł do rodziców. Matka rzewnymi łzami płakała nad synem, a ojciec kazał wysłać całą armię, aby dowiedzieć się kto to zrobił.
Tymczasem Jack, szukał w komnacie rodziców berła królewskiego. Nie szło mu to najlepiej, bowiem chłopak nie wiedział gdzie ojciec chowa berło na noc. Przypuszczalnie, gdyby to on był królem, schowałby go[berło] po łóżko, albo do szafy. Niestety. W obu tych miejscach berła nie było.
-No gdzie ono jest?! –krzyknął zły chłopak.
I w tym momencie coś mu przyszło do głowy. A jeśli berło wcale nie jest w komnacie ojca, tylko w Sali tronowej? Chłopak czym prędzej pognał do rzeczonej Sali. Nie pomylił się. Koło tronu jego ojca[króla] stało złote berło, z kryształową ‘główką’ i możliwością szczekania piorunami.
Chłopak zabrał berło i pognał do lochów. Biegł setką krętych korytarzy(taka przenośnia), zbiegł po trzech stromych schodach, prawie uderzył w słup, ale się opłaciło. W końcu był zakochany w Kimberly, a ona u nim. Kiedy chłopak dobiegł do lochu dziewczyny, zastał ją śpiącą. Uklęknął koło kraty i posłał berłem piorun. Dziewczyna momentalnie się obudziła.
-Co jest?! –zapytała aż podskakując do góry z przerażenia.
-Faza 2 się udała. Teraz tylko czekać na Jerry’ego i Miltona –powiedział Jack i pobiegł do góry.
Tymczasem na dziedzińcu, młody królewicz cudem ożył i poszedł z królewiczem Jerry’m do zamku. Po chwili wszystko ucichło. Król i królowa wrócili do komnaty i położyli się spać. Królewska straż zmieniła zmianę, a wieśniacy rozeszli się do domów. Do zamku, z powrotem przywołana została armia i cała wieś, pogrążyła się w błogiej ciszy.
Chłopcy wyszli z komnaty i popędzili do lochu Kim. Dziewczyna już tam na nich czekała. Przestała się trząść, bo minęły te 2 godziny. Blondynka wyszła z lochu i stanęła przed Jackiem.
~Oczami Kim~
Wyszłam z lochu i stanęłam naprzeciwko Jacka. Przez chwilę patrzyłam się na niego, zastanawiając się, co zrobić. Ale kiedy popatrzyłam mu w oczy, dobrze wiedziałam co mam zrobić. Podeszliśmy bliżej siebie. Jack złapał mnie w tali, a ja wplotłam ręce w jego włosy i zaczęliśmy się całować. Zatraciłam się w pocałunku zupełnie. Kręciliśmy się w kółko, aż nie napotkałam na mojej drodze ściany. Całowalibyśmy się nadal, gdyby niepewne:
-Kim, Kim! –wołał jakiś głos –Kim, Kim! KIMMMMMM!!!! –wydarł się w końcu.
I w tedy się obudziłam..
I jak się podoba? Cały tydzień go pisałam, ale jest. Jak dla mnie niezły. Next jutro.
Kocham Was;***
Julia Howard ^.^
Wspaniały rozdział
OdpowiedzUsuńJaki dziwny sen :) Za to słodki
Czekam na new !♥
Fantastyczny rozdział!!
OdpowiedzUsuńCzekam na next<33