środa, 3 kwietnia 2013

Rozdział 53(Ale był jeszcze jeden problem..)

Ale był jeszcze jeden problem. Mianowicie wybór piosenki. Chłopaki umieją zagrać wszystko, a my znamy każdy kawałek. No więc wybór piosenki, będzie tym najtrudniejszym elementem, w całym procesie wydawania płyty.
~Oczami narratora~
Grupa przyjaciół jeszcze długo siedziała w pokoju Kimberly. Było już grubo po ciszy, kiedy wszyscy opuścili pokuj blondynki. Dziewczyna poszła pod prysznic, a następnie ubrała piżamę. Kładąc się do łóżka, uśmiechała się sama do siebie. Crowford leżąc w łóżku, skupiała swoje myśli bardziej na jednej konkretnej osobie, niż na turnieju czy nagraniu płyty. Jej myśli były pogrążone.. Jackiem. Cały czas o nim myślała, chodź właściwie nie znała powodu zadumy w czekoladookim przyjacielu. Nie są już parą, więc czemu się o niego martwi? Pogrążona w swoich niezrozumiałych myślach, zasnęła.
***
Nazajutrz, Kim wstała kompletnie nie wyspana. Całą noc coś jej mówiło, że ma zwracać dużą uwagę na Jack’ a. Miała też przeczucie, że na śniadaniu coś się wydarzy więc nie miała najmniejszej ochoty na nie iść, ale musiała.
~Oczami Kim~
-Graceeee!!! –darłam się w niebogłosy z mojej sypialni.
Do połowy ubrana(bez skojarzeń) Grace wpadła do mnie do pokoju, trzymając w ręce bluzkę.
-Kimm!!!!!! Co? Pali się czy co? –zapytała siadając na łóżku i zakładając bluzkę.
-Nie do końca.. Bo nie wiem w co się mam ubrać.. –uśmiechnęłam się pod nosem –Spódniczka czy szorty?
-Spódniczka chyba trochę zbyt krótka jak na Kim Crowford –uśmiechnęła się Grace.
-Ej! Jestem singielką. Jakiś chłopak by się przydał –razem wybuchłyśmy głośnym śmiechem.
-Ok. Ale ja polecam szorty. Fajny kolor –Grace wrzuciła spódniczkę do szafki.
Założyłam szorty tak jak poleciła mi Grace. Potem założyłam luźną białą bluzkę z flagą USA i turkusowe conversy. Spięłam włosy w luźnego koka. Razem z Grace wyszłyśmy z pokoju. Na korytarzu, już czekała na nas reszta naszej paczki. Razem zeszliśmy na dół, cały czas gadając. Weszliśmy do jadalni. Przy stoliku siedział tylko Rudy. Stukał widelcem o blat stołu. Najwyraźniej był czymś zdenerwowany.  Ostrożnie podeszliśmy do stolika i usiedliśmy.
-Rudy wstałeś lewą nogą czy jak? –uśmiechnęłam się kładąc sobie serwetkę na kolanach.
-Nie. Ale mnie zdenerwowaliście! –krzyknął zły i pokazał nam stronę główną dzisiejszej gazety.
Widniał tam nagłówek: ‘Dali świetny koncert i zaśpiewali piosenkę Ross’a Lynch’a jak prawdziwi mistrzowie. Czy sława zawróci im w głowie?’. Do tego było duże zdjęcie z wczorajszego koncert, a obok małe zdjęcia ze studia nagraniowego.
”Jak donosi nasz wysłannik Pete Bill Tochere, grupa nastolatków mimo zakazu ich senseia karate, poszła do studia nagraniowego i z pomocą Simon’ a Clave’ a nagrała piosenkę. Późnym wieczorem potwierdzili Clave’ owi, że chcą nagrać płytę. Jak do tego odniesie się Rudy Gillepsie? Nie rozmawialiśmy z nim, więc nie wiemy. Czy nastolatką sława uderzy do głowy?” –przeczytała Grace.
-Co to ma znaczyć? Ja zabraniam i zabraniam, a Wy nadal swoje –złościł się Rudy.
-Rudy weź. Jesteśmy prawie dorośli. Odpuść nam już –jęczał Jack.
-Skoro jesteście prawie dorośli to się tak zachowujcie. Bądźcie odpowiedzialni –pouczał nas sensei.
-Rudy –wtrąciłam się do rozmowy opierając łokciem o stolik –Jesteśmy odpowiedzialni. Na własną rękę nagrywamy płytę i stajemy się sławni. Przykro mi, ze jesteś zły o ten koncert i płytę, ale my tak postanowiliśmy.
-Właśnie. Każdy człowiek ma tzw. wolną wolę –wtrącił się Milton.
-Dobra! Zawalczycie w turnieju, a przez następny tydzień będziecie z siebie robić gwiazdy –Gillepsie nareszcie się uśmiechnął.
-Poprawka Rudy. Wielkie gwiazdy –Jerry tak śmiesznie poruszył brwiami.
Wszyscy zaśmialiśmy się.  Za chwilę kelnerka(uff..co za ulga…kelnerka) przyniosła nam śniadanie.  Była jajecznica. Jak ja nie cierpię jajecznicy! Wszyscy jedli tylko nie ja. Bo niby jakim prawem ja mam jeść coś, czego nie lubię? Nie będę tego jeść za Chiny!
-Kim czemu nie jesz? –zapytała z troską w głosie Quesher.
-Nie chcę. Nie cierpię jajecznicy –skrzyżowałam ręce na piersiach.
-Kimi zjedz tyle –Jack uśmiechnął się uroczo i dał mi do zjedzenia 1/3 jajecznicy.
-Ok! –pisnęłam wesoło.
Mówiłam już, że tylko jemu ulegam. Zabrałam się za jedzenie jajecznicy i choć było jej tylko 1/3 a nie całość, to szło mi to bardzo opornie. W końcu jednak skończyłam jeść śniadanie. Wstaliśmy od stolika i poszliśmy do Sali treningowej, na trening przed turniejem.
***
Jest już sobota. Dzisiaj ten turniej. Denerwuję się. Czesałam właśnie włosy, gdy do mojego pokoju wpadła Julie.
-Kim!! –wydarła się na wejściu.
-W łazience! –uśmiechnęłam się.
Brunetka weszła do łazienki. Zaczęła mi opowiadać swój sen. Był strasznie dziwny. Dziwniejszy niż ja miewam. Potem ubrałam się i razem z dziewczynami zeszłam do holu, gdzie już wszyscy na nas czekali. Szliśmy ulicami Japonii. Długo szliśmy do dojo, bo w końcu Japonia jest gigantyczna. Dojo było coraz bardziej rozpoznawalne. Za jasną smugą światła wyłaniał się duży budynek, do którego wchodziły trzy duże grupy nastolatków.  Wiedziałam, ze są to uczniowie z dojo z Miami, Nowego Yorku i Japonii. Poczułam dziwne uczucie w brzuchu. Jakby ktoś wbijał mi tam igły, a ja nie mogłam nic z tym zrobić. Jack chwycił mnie za dłoń i poszliśmy dalej. Czy jesteśmy parą, czy przyjaciółmi, chodzenie za rękę to nic złego. W końcu doszliśmy do dojo. Weszliśmy do środka, a Rudy popędził nas do szatni.
-Grace..Mam problem.. –zaczęłam zmieniając bluzkę na kimono do karate ze znakiem naszego dojo.
-Kim. Z chęcią Cię wysłucham i pomogę, ale to po turnieju. Teraz chcę myśleć tylko o rzeczach miłych, a nie zamartwiać się nad Tobą. Bez urazy –uśmiechnęła się Quesher.
-Spoko –uśmiechnęłam się i razem wyszłyśmy z szatni.
Na środku dojo były cztery ławki, oznaczone znakami poszczególnych dojo, na których mieliśmy siąść. I siedliśmy.
-Ok! Słuchajcie bardzo uważnie! Dwa najlepsze dojo’ a, czyli dojo z Japonii i Nowego Yorku, będzie walczyć między sobą o tytuł najlepszego. Natomiast dojo z Seaford i Miami zawalczy między sobą. Które dojo wygra, to będzie walczyć ze zwycięzcą z tych twych najlepszych dojo –oznajmił Bobby.

-No to nam się udało.. –smęcił Jack.
Okazało się, że dojo z Miami  jest lepsze od nas i dlatego my, zawalczymy z dojo z Japonii, które okazało się być gorsze od dojo z Nowego Yorku. Ja miałam walczyć z Trish, Jack z Arthurem, Jerry z Timmym, Milton z Brodym(nie tym Brodym co myślicie J), Grace z Mindy, a Julie z Carly. Szło nam dobrze. Nam czyli: Mnie, Jack’ owi i Jerry’ emu. Potem walczyliśmy między sobą i najlepsza osoba miała walczyć z Mindy. Ona wygrała z dojo w Japonii. Najpierw ja walczyłam z Jerry’ m, a potem z Jack’ iem, bo Jerry przegrał ze mną. Oczywiste było kto wygra, ale ja się łatwo nie poddaje. Ale po pół godzinie walki z mistrzem świata juniorów w karate, można się zmęczyć.  W końcu bezwładnie padłam na mate. Byłam ledwo żywa, a Jack zadowolony jak nigdy.  Pomógł mi wstać z maty. Usiadłam na ławce i przyglądałam się walce Jack’ a i Mindy. Mindy robiła tysiące różnych uników, ale Jack też się na tym znał i nie dawał za wygraną. Rudy ciągle stał z rekami złożonymi jak do modlitwy i błagał o wygraną Jack’ a.  Wszyscy patrzyli się na Rudy’ ego jak na idiotę, ale dla nas, to był najzwyklejszy widok naszego senseia. Po jakimś czasie Jack powalił Mindy na matę, tym samym wygrywając turniej i zyskując nowy puchar do dojo. Połowa z nich jest jego, drugą Rudy kupił w necie,a jeden jest za strzyżenie pudli. Wesołym krokiem poszliśmy się przebrać.

Siedząc w szatni cały czas nawijałam o tym co zdarzyło się zaledwie 5 minut temu. To było niesamowite w moich oczach, bo Jack jeszcze nigdy nie musiał się tak starać, by wygrać. Mindy była naprawdę dobra, ale Jack niepokonany.
-Kim!? –przerwała mi Grace.
-Tak? –przerwałam moja paplaninę.
-Chyba chciałaś mi cos powiedzieć przed turniejem. Co to było?
-Aaa tak. Nom to było..tego..nie pamiętam! –krzyknęłam i w popłochu wybiegłam z szatni.
Podbiegłam do chłopaków którzy zawieszali się Jack’ owi na szyi ze szczęścia, a Rudy trzymał jego nogę i dziękował za to, ze wygrał. Ja również mu gratulowałam, z tym, że ja przytuliłam go, jak przystało na normalnego człowieka. Ale w naszym dojo są głównie nienormalni ludzie. Ale za to kocham tych pięciu wariatów. Mają boskie poczucie humoru! Za chwilę doszła do nas Grace. Razem ruszyliśmy do hotelu na kolację.
***
Niedziela minęła bezproblemowo. Było całkiem fajnie. Daliśmy koncert śpiewając nasz brawurowy kawałek –Fearless. No, a potem jeszcze: Had Me @ Hello, Nothing’ s Gonna Stop Me Now, Illusion(Ross Lynch) i En Mi Mundo(Martina Stoessel). Jedliśmy właśnie śniadanie. Przy stoliku brakowało tylko Jack’ a i Jerry’ ego. Nie wiedziałam gdzie są, chodź znając życie, pewnie zaspali. No nie było tez Rudy’ ego. Dobra coś tu nie gra. I zaraz się dowiem pewnie co. Zadzwonił mój telefon. Odebrałam i usłyszałam w słuchawce głos Jerry’ ego:
-Hej Jerry. Co jest?
-KIM! JAK TY MOŻESZ BYĆ TAKA SPOKOJNA?!
-A Ty co się tak drzesz?
-Jack jest w szpitalu! Szybko musicie tu przyjść!
-Ale czemu, co, jak?!
-Przyjedźcie tu najbliższym autobusem, w tedy się dowiesz!
-Ok. Pa!
Opowiedziałam wszystkim co się stało. Wybiegliśmy z hotelu jak z bicza strzelił. Wsiedliśmy do pierwszego lepszego autobusu i pojechaliśmy do szpitala. Autobus zatrzymał się. Przepchnęliśmy się przez tłum pasażerów i wybiegliśmy na ulicę. Odszukaliśmy wielki budynek, który był rzeczonym szpitalem. Wbiegliśmy do niego.
-W czym mogę państwu pomó.. –przerwaliśmy recepcjonistce.
-GDZIE JEST SALA JACK’ A ANDERSONA!? –wydarła się Grace.
-Sala nr 57. Ale nijaki pan Rudy Gillepsie zakazał komukolwiek wchodzenia do sali pana Andersona. Może tam wejść tylko panna Kimberly Crowford. Która z pań to ona? –zapytała pielęgniarka.
-To ja.. –podniosłam rękę do góry.
Pożegnałam się z resztą przyjaciół i poszłam do Sali, w której leżał Jack. Co mu się do licha mogło stać? Pobiegłam na drugie piętro. Zatrzymałam się przed salą 57. Wzięłam głęboki oddech i weszłam do środka. Jack leżał na łóżku kompletnie obezwładniony. Rudy siedział na krześle obok, zamyślony, patrząc w okno. Podeszłam do niego i zapytałam:
-Rudy co jest Jack’ owi?
-On..prze.. –jąkał się sensei.
-Rudy! –krzyknęłam na cały głos.
~Oczami Jack’ a~
-On..Przedawkował heroinę –powiedział cicho sensei –I teraz jest w śpiączce.
-ŻE ON PRZEDAWKOWAŁ H.E.R.O.I.N.Ę.?! To od Kidy on brał w ogóle narkotyki? –zapytała Kim opadając bezwładnie na krzesło.
-Tego nie wiem, ale Kidy się tylko dowiem prawdy to Jack będzie miał duży problem.
Słyszałem wszystko co mówili Rudy i Kim. Przez przymrużone oczy widziałem mniej, więcej wszystko co działo się w Sali. Tyle, że ja nic nie brałem. W sensie nic sobie nie wstrzykiwałem. Chciałem coś powiedzieć, poruszyć się, ale nie mogłem. Byłem w śpiączce.
~Oczami Kim~
W głowie mi się nie mieściło, ze Jack mógł sobie wstrzykiwać heroinę. Ale z rozmyśleń wyrwał mnie..Thomas który wszedł do Sali jakby nigdy nic. Rudy wyszedł i zostałam sama z Thomas’ em. Znaczy był jeszcze Jack, ale on był w śpiączce.
-Co tu robisz? Ostatnią rzeczą jaką chce teraz zrobić to oglądać Twoją twarz –byłam zła na Thomas’ a –nadal.
-Przyszedłem odwiedzić Jack’ a. Mogę z nim zostać sam? –zapytał.
-Ok –przytaknęłam.
Wyszłam z Sali, ale coś kazało mi zostać przy drzwiach. Uklękłam obok i przyłożyłam ucho do nich. Wiem, ze to nie ładnie podsłuchiwać, ale coś mi kazało.
-I jak się masz Jack? –zapytał Złośliwie Thomas –Jak się masz po pierwszym w Twoim życiu przedawkowaniu? Generalnie po pierwszym w Twoim Zycie braniu narkotyków? Głupi jesteś wiesz. Żeby się nie zorientować, że to ja Ci to wstrzyknąłem. Trzeba być naprawdę głupim.. –dalej już nie słuchałam.
Czyli to Thomas mu to wstrzyknął?! Co za idiota! Jak on mógł to zrobić?! Bez namysłu wparowałam do Sali i wykrzyknęłam:
-Jesteś idiotą, wiesz?!
-Ale o co Ci chodzi, Kimi?
-Nie mów do mnie Kimi, bo Cie uszkodzę! Jak mogłeś mu to zrobić?!
-Ale co zrobić? –Moos nadal robił z siebie idiotę.
-Wiem, że to Ty mu to wstrzyknąłeś! Nie zaprzeczaj!
-Ok. Nie zaprzeczam. To ja mu to wstrzyknąłem. I co z tego..?
Nie zdążył skończyć, bo dałam mu z liścia. Ja mu tego nie daruje!
-Wyjdź z tond! –rozkazałam.
-Eee..Nie ma takiej opcji –szczerzył się Thomas.
Zanim zdążył się zorientować, wypchnęłam go za drzwi.
-Zawsze wiedziałam, ze jesteś idiotą! Ale teraz jesteś kretynem! –rzuciłam tylko i zamknęłam drzwi na klucz.
Usiadłam na skraju łóżka Jack’ a. Ujęłam jego dłoń w swoją i trzymałam ja tak z 10 minut. Spojrzałam na Jack’ a. Na jego twarz, która nic nie wyrażała. Ani smutku, ani bólu, ani radości.
-Jack.. Przepraszam..To moja wina..Thomas to zwykły debil, a ja mu uwierzyłam. Ale jeśli już nigdy mamy nie porozmawiać to chcę Cię przeprosić za wszystko.. –powiedziałam słabo.
Przybliżyłam się do Jack’ a i pocałowałam go w usta. Potem jeszcze raz, ale trochę mocniej. Kiedy odsunęłam się od Andersona, miałam zamiar wstać, kiedy..

Nareszcie koniec! Specjalnie chciałam, żeby był długi, bo nie chciało mi się całej tej akcji pisać w kilku rozdziałach. Pisanie tego rozdziału zajęło mi trzy dni, ale jest! Obstawiajcie w komentarzach co się stało, kiedy Kim chciała wstać.
Dobranoc!;****
Julia ”Jula” Howard<33

2 komentarze:

  1. Wspaniały rozdział..! Kocham tego bloga.!
    Masz talent..<3

    OdpowiedzUsuń